Żołnierze Wyklęci, czyli: rzecz o proporcjach

Czy Żołnierze Wyklęci to były same harcerzykowate świętoszki, którym dni mijały na śpiewaniu pieśni partyzanckich, modlitwie i praniu mundurów?

Nie. Wielu z nich miało na rękach krew, czasem – niewinnych osób.

To była wojna, a oni zostali NAPADNIĘCI.

Osamotnieni, zdradzeni i zapomniani przez wszystkich, zostawieni samym sobie, rzuceni lwom na pożarcie. Na wojnie, sami przeciwko wszystkim.

Owieczki z połamanymi nogami, rzucające się na stado wilków.

Na pewno wielu z nich miało bardzo poważne zawahania – czy warto? Czy to ma sens? Czy nie lepiej po prostu złożyć broń, odsiedzieć swoje, pogodzić się ze swoim losem i z sytuacją polityczną, zaczekać na lepsze czasy, przysłużyć się Polsce jakoś inaczej?

Ale nie. Podjęli decyzję. Nieważne jak to teraz nazwiemy – zew bohaterstwa, męstwo, potrzeba stanięcia w obronie gwałconej ojczyzny, czy zwykły patriotyzm. Oni po prostu, gdzieś w pewnym punkcie swojego procesu decyzyjnego (mniej lub bardziej spontanicznego), zrozumieli, że inaczej nie można. Że inaczej im, patriotom, nie wolno. Że tak trzeba.

Świat nie dość, że przyglądał się bezczynnie tej bestialskiej niesprawiedliwości, jaką był bandycki napad Niemiec na Polskę i mordowanie naszych cywilów, to potem, po wojnie, zamiast przeprosić… rzucił nami, jak ochłapem, drugim bestiom – tym razem komunistycznym. Dwie pieczenie na jednym ogniu – nie dość, że zaspokoili żądzę Stalina, to jeszcze załatwili Polskę – zniewolona przez komunizm, odurzona tą czerwoną pigułką gwałtu, nie miała szansy upomnieć się o sprawiedliwość, zagoić rany i stanąć na równe nogi.

Ci faceci w lesie wiedzieli z jak wielkim kurewstwem mamy do czynienia. Honor nie pozwalał im zaakceptować tego i przyglądać się temu gwałtowi z założonymi rękami. Myślicie, że oni CHCIELI chować się gdzieś po lisich norach i grzać skostniałe ręce przy ognisku? Prać zimą gacie w rzece? Albo żebrać o jedzenie lub nocleg? Myślicie, że to był ich jakiś kaprys albo chory fetysz?

Nie, oni nie byli drużyną skautów na letnim obozie, tylko grupą dorosłych facetów, którzy zdobyli się na odwagę, by poświęcić wygodne, dostatnie życie – w obronie niepodległości Polski. Większość z tych, którzy dziś z herbatką imbirową w ręku szczekają na tych ludzi, nie przeżyłoby zimą w lesie, bez mamy, jednej nocy.

Postawili na szali dosłownie wszystko co mieli, łącznie z własnym życiem – nie dla korzyści. Tylko i wyłącznie dla niepodległej Polski. Na pewno nie raz, marznąc przy dogasającym ognisku albo chowając się w zimnej, zatęchłej szopie u gospodarza (za jego wiedzą i pozwoleniem, lub bez) – rozmarzali się czasem i wyobrażali, że może któregoś dnia ten koszmar się skończy. Że obudzą się w wolnej Polsce. Takiej, jaką pamiętają. Takiej, w jakiej się zakochali. Takiej, dla której byli gotowi z własnej woli zrezygnować z normalnego życia i chować się po lasach i stodołach, kiedy inni układali sobie życie z towarzyszami i pisali wiersze na cześć Stalina.

Wizja takiej Polski była warta tego głodu, chłodu i nędzy, jakich teraz doświadczali. Wyobrażali sobie, że w wolnej Polsce tłumy będą wiwatować na ich cześć, będzie radość, łzy wzruszenia, wydawanie pamiętników, wieczna cześć i chwała.

Zamiast tego – komuniści za pomocą swoich medialnych tub propagandowych wsączali w Polaków jad i wmówili im, że ci zrozpaczeni żołnierze w lasach to nie są ich bohaterowie, tylko BANDYCI. Wielu ten jad przeniknął tak głęboko, że przenieśli go drogą płciową na swoje dzieci i bękarty. Zainteresuj się, sprawdź kto wtedy szczekał na Wyklętych i usprawiedliwiał mordowanie ich – i gdzie teraz pracują córki i synowie tych ubeckich propagandystów. I na kogo szczekają dzisiaj… Nie, ten gen antypolskiego kurewstwa nie przepadł wraz z ubekami. Trwa do dziś. Sączy swój jad do tej pory, ale zupełnie innymi metodami, bardziej ,,cywilizowanymi”, z zastosowaniem nowoczesnych technologii i innowacyjnych metod socjotechniki.

Żołnierze, których dziś nazywamy Wyklętymi lub Niezłomnymi, działali w ekstremalnych warunkach, których my, nasze pokolenie, nie zrozumie i nie ma prawa zrozumieć. Ale PRZEDE WSZYSTKIM – to oni byli ofiarami agresji. To oni musieli się bronić. Nie oni sobie wybierali warunki gry! Gdyby to od nich zależało, gdyby zwłoki zamordowanej przez Niemców Polski nie były na ich oczach brutalnie gwałcone przez Rosjan – nie siedzieliby w lesie. To tak jak z włamywaczem, który wtargnie do domu – w szkole nie uczą jak się w takiej sytuacji zachować. W takiej sytuacji, w samoobronie, wszystkie chwyty dozwolone. Nie twierdzę, że to w pełni usprawiedliwia zamordowanie choćby jednej niewinnej osoby, za to twierdzę z całą pewnością, że jest to poważna okoliczność łagodząca. Nie my, z perspektywy laptopa, z piwkiem w ręku, będziemy sądzić tych znerwicowanych polskich, zdradzonych żołnierzy, naznaczonych wojennymi przeżyciami, traumą, wszechobecną niesprawiedliwością. Tych żołnierzy czujących się czasem opuszczonymi nawet przez Boga.

Zwróćcie uwagę, jakie chore są nasze czasy – dziś historycy prześcigają się w tropieniu dobrych Niemców z lat wojny, i złych postaci z polskiego podziemia niepodległościowego.

Pewnie, że zdarzali się (rzadko ale jednak) porządni Niemcy, stawiający aktywny opór zbrodniarzom rządzącym ich krajem!

Pewnie, że zdarzały się mendy w polskim podziemiu!

Ale jednak, na litość boską, zdecydowana WIĘKSZOŚĆ Niemców popierała swoich nazioli i swojego Fuhrera (przynajmniej dopóki dobrze im szło na frontach), a zdecydowana WIĘKSZOŚĆ Żołnierzy Wyklętych to były pomnikowe postacie, zasługujące jedynie na brawa, podziw i czczenie ich heroizmu, a nie na wrzucanie ich do jednego worka z garstką degeneratów!

Piotr Zychowicz, historyk tak szanowany i bezkrytycznie przyjmowany przez rzesze Polaków, nie napisał ani jednej książki wychwalającej bohaterstwo Wyklętych, za to właśnie wypuścił na rynek książkę, w której skupia się głównie na ich zbrodniach. Nawet jeśli zaznacza, że te opisy dotyczą tylko marginesu, to przyczynia się do nagonki polegającej na obrzydzaniu Polakom ich bohaterów. Czyli – sam przyznaje, że większość Wyklętych nie mordowała niewinnych ludzi, więc CZEMU SKUPIA SIĘ NA TYCH, KTÓRZY MORDOWALI?!

Gdyby wydał wcześniej 4 albo 5 książek o heroizmie bohaterów polskiego podziemia (albo CHOCIAŻ JEDNĄ!), a teraz dla równowagi wydałby jedną, w której skupia się na czarnych kartach tej historii, to choć proporcje 5 do 1 i tak byłyby dla Wyklętych bardzo nieuczciwe i krzywdzące, mógłbym powiedzieć z uznaniem – oto jest obiektywny historyk, przedstawia – w zachwianych proporcjach, ale jednak – obie strony medalu. Ale on wolał pominąć tę zdecydowaną większość dobra, i skupić się na tym marginalnym złu. A tak, żeby się podpiąć pod chwytliwą nagonkę, przedstawić siebie jako ,,bezstronnego” i udowodnić, że ,,historia nie jest czarno-biała”. Czym więc różni się od propagandowych siepaczy z TVN, Newsweeka czy ,,Wyborczej”, którzy po Marszu Niepodległości wyciągnęli wnioski o 60-tysięcznym tłumie na podstawie garstki kretynów…? Przecież to jest dokładnie ta sama sytuacja!

My dzisiaj nie musimy chować się po lasach, ale też – jeśli czujemy się Polakami – mamy swoje obowiązki, i nie wolno nam dopuścić do zachwiania prawdy o tych proporcjach.

Nie wolno nam bezczynnie, w przyzwalającym, tchórzowskim milczeniu, przyglądać się, jak – często za euro, dolary, ruble i szekle – prostytuowana jest historia naszej Ojczyzny.

1 thought on “Żołnierze Wyklęci, czyli: rzecz o proporcjach”

  1. Krzysztof M napisał(a):

    Proporcje i zdrowy rozsądek cierpią w tej antypolskiej narracji. Pan raczył przejechać się po proporcjach a ja zwrócę uwagę na zdrowy rozsądek.
    Żołnierze niezłomni (wole to określenie niż wyklęci) to byli w większości ludzie „z ludu”. W większości autochtoni bo tylko tacy byli w stanie znaleźć w miarę bezpieczne schronienie w lesie. Musieli znać każdy zakamarek, pagórek, zagajnik i ścieżkę. Niech mi ktoś wyjaśni w sposób prosty i zrozumiały dlaczego taki partyzant miał napadać na swojego sąsiada żeby zabrać mu owce, krowę, słoik miodu czy spalić mu chatę albo zabić? Przecież oni istnieli tylko i wyłącznie DZIĘKI POPARCIU LUDNOŚCI CYWILNEJ która ich utrzymywała z patriotyzmu i z dobroci serca. Bo to nasze chłopaki i walczyli z „czarną śmiercią” a teraz walczą z „czerwoną zarazą”. Mam 3 kobiałki sera to jedną niech Kazio zaniesie partyzantom. Bóg pobłogosławił i mamy w zagrodzie 5 nowych jagniąt to niech Józek jedno zaprowadzi „do lasu” bo ONI TAM WALCZĄ ZA NAS. Przecież nie mogli liczyć na zrzuty z Londynu ani robić weki z jagód i prawdziwków.
    Ważnym aspektem jest też miękki wywiad. Coś jak sytuacja gdzie chłop posyła syna żeby poleciał i ostrzegł że we wsi stoi oddział Niemców (uwaga przypadkowo nie nazistów tylko właśnie Niemców). Że droga do miasteczka jest teraz niebezpieczna itp. Bez tego byli by ślepi jak dzieci we mgle.
    Gdyby taki watażka raz czy drugi napadł to pomoc by szybko ustała a gdyby drań stał się mocno upierdliwy to szybko by poproszono żeby ktoś go uciszył. Inny, bardziej ogarnięty oddział partyzancki albo wręcz doniesiono by Niemcom.
    To jasne jak słońce że w ich dobrze rozumianym interesie, pierwszym i podstawowym warunkiem przeżycia, było dbanie o dobre stosunki z miejscową ludnością. Zdrowy rozsądek podpowiada że kretynów co napadali na wioski żeby zrabować krowe musiała być zdecydowana mniejszość.

    Pozdrawiam
    Krzysztof

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *